Samotność, której nie było w planie..
Czasem się poddaję. Znikam na chwilę z pisania, z myśli, z siebie. I podobnie bywa z terapią — nie dlatego, że z niej rezygnuję, tylko dlatego, że czasami po prostu przestaję pisać i wracać do tego wszystkiego, kiedy moja „szklanka” jest już tak pełna, że nie ma gdzie tego wylać. Wtedy życie bierze górę — szpital, codzienność, dziecko, wszystko naraz — i nie chcę dokładać sobie kolejnych emocji. Ale do terapii zawsze wracam. Niezależnie od tego, czy widzę moją psycholożkę cztery razy w miesiącu, czy tylko raz — to zostaje we mnie. Czasem wystarczy, że zobaczę ją gdzieś w social mediach, jej twarz, usłyszę jej głos, i mój mózg dosłownie dostaje impuls. Jakby mówił: „OK, czas wrócić do walki o siebie. Jesteś ważna, teraz pora na ciebie. Wracamy do roboty.” I za każdym razem, kiedy ją widzę, przypomina mi się to samo — że to ma sens. Że warto o siebie walczyć, nawet jeśli ta walka czasem wygląda jak milczenie, przerwa albo cofnięcie się o krok. Dwie kreski, i co teraz? Mój mą...