Samotność, której nie było w planie..

Czasem się poddaję. Znikam na chwilę z pisania, z myśli, z siebie. 

I podobnie bywa z terapią — nie dlatego, że z niej rezygnuję, tylko dlatego, że czasami po prostu przestaję pisać i wracać do tego wszystkiego, kiedy moja „szklanka” jest już tak pełna, że nie ma gdzie tego wylać. Wtedy życie bierze górę — szpital, codzienność, dziecko, wszystko naraz — i nie chcę dokładać sobie kolejnych emocji.


Ale do terapii zawsze wracam. Niezależnie od tego, czy widzę moją psycholożkę cztery razy w miesiącu, czy tylko raz — to zostaje we mnie.


Czasem wystarczy, że zobaczę ją gdzieś w social mediach, jej twarz, usłyszę jej głos, i mój mózg dosłownie dostaje impuls. Jakby mówił: „OK, czas wrócić do walki o siebie. Jesteś ważna, teraz pora na ciebie. Wracamy do roboty.”


I za każdym razem, kiedy ją widzę, przypomina mi się to samo — że to ma sens. Że warto o siebie walczyć, nawet jeśli ta walka czasem wygląda jak milczenie, przerwa albo cofnięcie się o krok.


Dwie kreski, i co teraz? 

Mój mąż powiedział mi, żebym zrobiła test ciążowy.

Nie uwierzyłam mu. Śmiałam się, że jest „szamanem”, bo twierdził, że jestem w ciąży po… sprawdzeniu moich piersi.


Był grudzień 2024. Święta.
Mieliśmy już podpisaną umowę na przeprowadzkę — 1 stycznia 2025 mieliśmy wprowadzić się do nowego domu. 

Wszystko było zaplanowane, poukładane, spokojne. Przynajmniej na papierze.

W Wigilię i pierwszy dzień świąt mieliśmy gości.
Zrobiłam drinka, ale nie byłam w stanie go wypić. Coś było inaczej, choć jeszcze nie umiałam tego nazwać.

26 grudnia wróciłam z pracy o 1 w nocy. 


Czas zrobić test. 

Miałam ich kilka w domu. Robiłam je czasem „profilaktycznie”, żeby mieć spokój.

Rano zrobiłam dwa.

I patrzyłam, jak z jednej kreski robią się dwie.

Nie poczułam radości.
Nie poczułam ulgi.

Nie poczułam smutku.

Nie poczułam rozczarowania.

Poczułam ciszę. I coś, co zaczynało przypominać strach.

Była 10 rano. Mąż był w pracy. Do 16.

Nie miałam z kim tego przeżyć.

Usiadłam na podłodze w łazience i zaczęłam płakać.
Nie wiem, czy ze szczęścia, czy z przerażenia. Do dziś nie wiem.


Mąż wiedział od razu.
Ja też — tylko jeszcze nie w pełni.

Zrobiłam mu niespodziankę: pudełko z Actiona, testy, skarpetki i kartka:
„Zgadnij co? Będziesz tatą.”

Powiedziałam mu przy aucie, żeby usiadł.

Zapytał spokojnie:
„Jesteś w ciąży?”

I wtedy się rozpłakałam.

Powiedział, „mówiłem”.

Kurwa serio, mówiłem? 


Na początku ciąży wierzyłam, że dam radę.
Że to decyzja, którą podejmujemy razem i że po prostu przez to przejdziemy.

Ale bardzo szybko zaczęło się coś zmieniać.


Pierwszy moment, w którym rzeczywistość zaczęła boleć, to kwiecień 2025.

Wysokie ciśnienie. Pierwszy pobyt w szpitalu.

6 dni.

Sama.

Mąż przychodził na chwilę — godzinę, półtorej — i wracał do życia na zewnątrz.

Ja zostawałam w białym pokoju, z kroplówkami i monitorami, w miejscu, które nie miało nic wspólnego z bezpieczeństwem, jakie sobie wyobrażałam.

Nie znałam języka.
Angielski wystarczał tylko częściowo.
Reszta była milczeniem i zgadywaniem.

I wtedy pierwszy raz pomyślałam:
jestem sama.


A potem była praca.

Codzienne wiadomości. Pytania. Kontrola.
„Jak się czujesz?”
„Co się dzieje?”
„Daj update.”

Nawet w szpitalu.

Odpowiadałam.
Nie dlatego, że chciałam.
Dlatego, że czułam, że muszę.

Jakby moje zdrowie stało się czymś do raportowania.


I nadal mówiłam:

„dam radę”.


Drugi pobyt w szpitalu przyszedł szybko.

Lipiec 2025.

Nudności. Gorączka. Drgawki.
Ból, który nie dawał normalnie funkcjonować.

I kamień w nerce, który uciskał tak mocno, że nie byłam w stanie się nawet załatwić.

41 stopni gorączki przez cztery dni.

Leżałam pod KTG, pod kroplówkami, w stanie między świadomością a majaczeniem.


W nocy nie wiedziałam, co jest snem, a co rzeczywistością.


Mój mąż miał wtedy rodzinę w odwiedzinach — jego tata i brat byli przejazdem.
Przez cztery dni był u mnie dwa razy.


Dwa razy.

Resztę czasu byłam sama.


To był moment, w którym samotność przestała być uczuciem.
Stała się fizyczna.

Czymś, co czułam w ciele.


Po wyjściu ze szpitala wróciłam do domu i… wydaliłam kamień.

Tak po prostu.
Jakby ciało powiedziało: „już wystarczy”.


A potem przyszedł kolejny etap.
Trzeci pobyt w szpitalu.
Indukcja porodu.

I wtedy zaczęło do mnie docierać, że to nie są „epizody”.

To jest moje życie.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Tak to leciało

Porządki w życiu – małe zwycięstwa (Vinted)