Gdzie kończy się siła, a zaczyna prawda.

Przyznałam się przed sobą. 

Przyznałam się przed mężem. 

Wspólnie zadecydowaliśmy – dla mojego dobra jedziemy do Polski.


Pojechaliśmy razem. Tydzień – i mąż wraca do pracy. Zostałyśmy same trzy tygodnie. 

Córeczka i ja. Mama była obok, ale jednak mąż jest tą osobą, z którą jestem codziennie od czterech lat. 

Trudno. Cicho. Czasem za cicho.


Codzienne rozmowy na kamerce, żeby córka „nie zapomniała”. Trzymiesięczne dziecko uśmiechające się do telefonu… 

Czy wiedziała, że to tata?


W końcu zdecydowałam się pójść do psychologa. 

Usiadłyśmy naprzeciwko siebie, a ja… wylałam wszystko z siebie. 

Wszystkie myśli, wszystkie strachy, wszystkie poczucie winy i chaos w głowie. To była pierwsza chwila, kiedy naprawdę przyznałam przed kimś, że nie radzę sobie sama. I choć było ciężko, poczułam, że robię krok w stronę siebie. 

Postanowiłam walczyć o siebie, o spokój w głowie, o możliwość cieszenia się chwilami z córką, zamiast tonąć w ciągłym napięciu. 

To była decyzja, która powoli zaczęła zmieniać moje życie – milimetr po milimetrze, dzień po dniu.


Odwiedziła mnie przyjaciółka. Spędziłam czas po staremu, no tak trochę. W końcu możliwość rozmowy jak „stara” ze „starą”. 

Jestem jej wdzięczna. Pomogła mi i zbliżyła się do mojej córki. Moja strefa komfortu się otworzyła.


Mąż przyjechał na tydzień. Przyleciał, żeby nas zabrać. 

Czy tego chciałam? Nie. Ale nie chciałam pierwszych świąt – Bożego Narodzenia – spędzić osobno, bez męża i bez taty.


Wróciliśmy razem za granicę na dwa tygodnie. Swoją drogą, zdecydowałam się usunąć zęba dwa dni przed wyjazdem. Bardzo mądre. Całe dwa tygodnie byłam jak zombie na ibuprofenie. Płacz, rozdrażnienie, córka, mąż.


Znowu tryb – tykająca bomba.


Potem Polska.

Miesiąc.

Razem.


Ten miesiąc był ciężki. Mąż na kursie, codziennie poza domem 8–13. Mama w pracy, więc znowu sama. Rodzice męża – ciągle coś. Opinie, porady. Wchodzą nam na głowę. Ciągle kłótnie. Ja w oczach męża w złym świetle. 

Nie obchodziło mnie to tak długo, jak chodziło o córkę. O jej spokój i dobro.

Mąż odbierał to inaczej.


Endometrioza. Wewnętrzna. Komfort? Wygodna bielizna? Nie ma szans. Plamienia – raz mniej, raz więcej. Czasem wcale. Całe ciało boli. Zdenerwowana. Nie mogę się skupić. Seks? Tęsknię, ale ból blokuje. Jak powiedzieć mężowi, żeby zrozumiał? Kolejna wizyta u ginekologa – nadzieja, że coś zaradzi.


Laktacja. Walka o każdą kroplę mleka przez dwa miesiące. 

Młoda przekroczyła 3. miesiąc i odrzuciła pierś. Tryb nocny: karm mnie co półtorej godziny. Godziny z laktatorem. 

Ból. Frustracja. 

Nic nie przychodziło.


W końcu przyznałam przed sobą: moje zdrowie psychiczne jest ważniejsze niż cztery krople mleka dziennie.

Wyrzuty sumienia – co ze mnie za matka? Babcia i mama męża powtarzały, że one wykarmiły trójkę dzieci. Moja mama na początku mówiła tylko, że karmiła mnie do 8. miesiąca, ale kiedy przyjechała i zobaczyła, jak to wygląda, wspierała mnie.

Pani psycholog powiedziała: „Musiały, ktoś im to narzucił, kiedyś nie dało się inaczej. Mleko modyfikowane jest teraz tak zbliżone do mleka matki, że nie ma się czym martwić.”


Ze względu na mój stan psychiczny jestem na zwolnieniu. Telekonferencja z asystentką lekarza zakładowego. Nie zapomnę tej rozmowy, nigdy. Usłyszałam „możesz wracać”. Fizycznie nie mogę. Psychicznie nie mogę. 

W głowie chaos. 

Zaufanie na włosku. 

Ciągły ból, brak komfortu, obawa o córkę.


Chcę normalnie żyć.


Menadżer zadzwonił: „Hej Luni, to w który dzień zaczynasz?” Kiedy opowiedziałam mu to samo, co asystentce, stanowczo zdecydował o drugiej opinii. Rozumiał mnie – sam ma dwójkę małych dzieci i żonę.


Miesiąc po tym nadal czekam na drugą opinię. W poniedziałek kolejna wizyta. Twarzą w twarz. Jak zostawić córkę? Jak poczuć znowu siebie? Jak poczuć się znowu sobą? Nie mogę. Nie teraz. Jeszcze chwilę…


Mimo wszystko – małe rzeczy. Pierwsza rozmowa z terapeutką. Powiedzenie wprost: „Nie radzę sobie”. Pierwsze przyznanie się przed mężem. Małe kroki.


Chwila dla siebie? 50 minut terapii, chwila dla siebie, ale z tyłu głowy: „Co się teraz dzieje z córką?”

Chwila bez poczucia winy.

To proces.

Milimetr za milimetrem.

Dzień po dniu.

Upadki są.

Wstaję – często upadam znów, ale wstaję.

Powoli.


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Tak to leciało

Porządki w życiu – małe zwycięstwa (Vinted)

Samotność, której nie było w planie..